Buziak Dziecka

Mamo, wytłumacz mi, po co człowiek ma dzieci. Przecież to same wydatki, kłopoty. Człowiek nie ma czasu dla siebie. Wszystko poświęca. Musi gotować i prać po tych dzieciach i chodzić z nimi do lekarza. I się denerwować. I martwić się, jak nie wracają do domu punktualnie. Przecież to bez sensu, mamo.

Synku, to wszystko prawda. I z pozoru nie ma to sensu, ale kiedy człowiek jest smutny, albo zmęczony, przychodzi do niego dziecko, obejmuje łapkami i całuje w policzek. I ten BUZIAK DZIECKA wszystko tłumaczy. W tym jest właśnie sens.

Acha.

( Po godzinie)

Maks! Miałeś posprzątać pokój, jak to wygląda? Tylko granat wrzucić! Jestem zła, wściekła, nie cierpię bałaganu!

Mamo… to co teraz? BUZIAK DZIECKA?


Opowieść krótka bardzo o idealnym kochanku

Gdybym miała Cię wymyślić, byłbyś właśnie taki, nieidealny. Byłbyś utkany ze wszystkich wad i ułomności męskich, jakie mogłabym w swojej feministycznej jaźni nienawistnie i z wrażą intencją wyprodukować.
Miałbyś siebie za dużo, za kłaczysto i za brzuszysto, zbyt cieleśnie zbyt pachnąco, lasem, męską pachwiną, mchem i włosem, przyrodą z pocztówek i własną. Przyrodą z filmów, z lektorką Czubówną, jak również z przyrodą, której doświadczałam, której głos zamiera, gdy właśnie pawiany wskakują na siebie takie radosne. I kopulują pawiany owe, nie zważając. Bo ja przyrodę znałam tylko od strony ugotowanych w upalnym słoiku ślimaków i uczuleń na siano. I braku czułości na widok przeciętych w pułapkach myszych szarości.
I ten przesyt byłby tak szalenie podniecający, tak bardzo, tak, że bym szalała, ach , jak szalałabym. Za włochatym Twym torsem leniwym, czekającym na cud. Kochanie. Jesteś ŚWIETNY. Pomimo, że nie jesteś jeszcze moim kochaniem. No sorry, ale umowa, to umowa. Żadnego tam kochania ni czułości. A mimo to. Tak mi jakoś do Ciebie grawitacyjnie.
Przyjacielsko.
Ludzko.
Blisko
Nieźle.
I wystarczy. Wystarczy na tyle, żeby było.. och. I Och! I aaaaaaaaaaaaaa………… i Ała! I jak to? I … ojej, to tak? Jak to? No wiesz…. ał, ał ał ! I się tak dzieje, że aż chciałoby się znowu pióra zbierać po wsi. Albo, pamiętasz? A jak u Ciebie było? A… u Ciebie bili świniaka. No to świniaka.


Wiara, Nadzieja, Miłość i Głódź.

Co tydzień od nowa poznaję swoje miasto. Właściwie poznaję je dopiero teraz. Wydawało mi się, że znam każdą ścieżkę, każdy dom, każdy kąt. A tu dupa i lekcja pokory.
Przejeżdżałam obok budynku Sądu Najwyższego setki razy, a nigdy nie chciało mi się obejść tego budynku dokoła. I oto odkrycie. Trzy kariatydy, symbolizujące Wiarę, Nadzieję i Miłość, zostały ukryte przed oczami przechodniów, ze względu na swój stopień roznegliżowania. Tak, tak. To nie jest żart. Pierwotnie bowiem miały stanąć przy wejściu frontowym, jednakowoż ówczesny władca na tronie kościelnym, niejaki biskup diecezjalny warszawski w latach 2004-2008 Sławoj Leszek Głódź był uprzejmy oprotestować rzeźby, jako zbyt frywolne i skąpo odziane.
Zastanawiałam się, czy wiara, nadzieja i miłość są pojęciami zaanektowanymi na potrzeby wyłącznie pruderyjnej odmiany katolicyzmu ( o ile istnieje jakowaś alternatywna odmiana). Abepe Głódź najwyraźniej tak uważa, a wraz z nim urzędnicy, którzy ugięli się pod naciskiem kościoła i umieścili rzeźby od zaplecza.
Gdyby nie mój ostatnio dziki pęd do wiedzy skanalizowany w kursie przewodnika miejskiego po Warszawie, mogłabym przeoczyć zarówno te trzy damy, jak i anegdotę.
A poniżej przedstawiam Państwu wielce nieprzyzwoite i epatujące nagością i rozpasaniem: Wiarę, Nadzieję i Miłość:


Praskie klymaty

A co tu komentować. Paczajta.


Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet w ujęciu aksjologicznym

.

Rzeczniczka ministra Gowina, który raczył odrzucić(odłożyć/rozważyć) podpisanie Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet, Patrycja Loose prezentując oficjalne stanowisko ministerstwa użyła następujących sformułowań:
– Zastrzeżeniem związanym z tym aktem prawa międzynarodowego jest definicja społeczna płci i związane z nią obowiązki promocji postaw społecznych.
W tym zakresie konwencja wykracza poza konstytucyjny system uwarunkowań aksjologicznych.

Chodzi o uniwersalistyczną definicję płci zawartą w konwencji:
„Dla celów niniejszej konwencji płeć oznacza społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn.”

Ministra niepokoi rozumienie płci przez role społeczne, sprzeczne z zakorzenionym w tradycji chrześcijańskiej pojmowaniem płci, jako cechy przyrodzonej i niezależnej od jednostkowych wyborów.

Zgodnie z oficjalnym stanowiskiem ministerstwa, definicja zawarta w konwencji
„nie jest spójna z konstytucyjną zasadą ochrony godności człowieka oraz z art. 18 konstytucji mówiącym, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką RP”.

Człowieku się wydaje, że przejdzie na jogę, buddyzm, otoczy się ambientem, tantrą, kadzidłami i uniknie. I że go nie sieknie jakiś rykoszet, że się będzie rozwijał, samodoskonalił, gniewu wyzbywał, negatywne emocje od siebie bańką szklaną odeprze, a tu co? A tu chuj bombki strzelił.
Bo otóż się w rzeczywistość chronioną niczym park narodowy wdziera ministrant Gowin ze swoim czym? Z AKSJOLOGIĄ.
Ja sobie jako prosty człowiek tak kminię: idzie baba rano do pracy, ale pierwej przed lustrem limo pudrując, bo zupę za słoną miała ona, rozważa aksjologiczne dylematy między definicją płci kulturowo – społeczną, a tą chrześcijańsko – organiczną, zawartą w Konstytucji. Bo takaż to niezgodność, jakże straszliwa, „skrajnie ideologiczno – feministycznym” smrodem wdarła się w gowinowski świat pojmowania wartości chrześcijańskich. On, Gowin, przesz nie dopuści do tego, by się AKSJOMATY jakieś wdzierały, on obroni tej naszej Konstytucji jako ten Rejtan przed targowicą. Kobiet nie obroni, ale Konstytucję obroni. Wszak ona też rodzaju żeńskiego. I jej godność obroni. Bo godność ponad wszystko. Ponad te sine, w barwie kosaćców lima maltretowanych, jakichś durnych, szastających solą. Tej ziemi!
Jesteśmy trzecim krajem w czołówce tych, które gwałtu nie ścigają z urzędu, zaraz po Rumunii i Albanii. 99% przemocy seksualnej, nazywanej popularnie gwałtami, to przemoc męska w stosunku do kobiet. 1% to gwałty panów na panach. Heloł! Aksjomaty! Dalej jedziemy z tym koksem. Żyjemy w kraju, gdzie babina spieprza z bachorem przed rozszalałym troglodytą do domu samotnej matki. W kraju, gdzie nie stosuje się zakazu zbliżania się oprawcy do ofiary. W kraju, gdzie ofiary tłumaczą się, że zostały zgwałcone, bo miały za krótką spódniczkę.
Ale ministrant Gowin zajmuje się „aksjologiczną” stroną zjawiska. Podejrzewam, że kobietę, która kolejny raz dostaje z piąchy, szalenie te aksjomaty interesują.


Dzieci Pana Boga

Andrzej Mleczko
(rysunek z ostatniej Polityki- Andrzej Mleczko.

Od dawna już wkurza mnie finansowanie religii w szkołach. Od dawna wkurza mnie, że moje dzieci nie mają wyboru między nauczaniem religii katolickiej, a etyki. Wkurza mnie to jednak umiarkowanie, nie walczę, a nawet delikatnie skierowałam dzieci na te lekcje, w nadziei, iż jako istoty myślące same odkryją religijne pułapki, brak logiki, zakłamanie kościoła. I odkrywają, przy okazji zdobywając wiedzę o niepokalanych poczęciach, aniołach, świętych, cudach na kiju. I potrafią to kontestować, polemizować, konsekwentnie przeprowadzać wywody myślowe. Uczę ich myśleć samodzielnie i krytycznie, dlatego nie czuję się zagrożona przymusem tego nauczania.
Dlaczego piszę o przymusie. Ano, czytając dziś w wannie ostatnią Politykę, która na mnie czekała od czwartku świeżutka i pachnąca, natknęłam się na bardzo dobry artykuł profesora Jana Hartmana pt. „ Nie lękajmy się nie klękać”. Oczywiście polecam. A dlaczegóż polecam? Otóż pan profesor wyjmuje mi z ust to, co powtarzam przy dyskusjach na ten temat dość często, tyle, że on robi to zgrabniej niż ja. Zacytuję:

Lekcje religii są w interesie Kościoła i Stolicy Apostolskiej – niechaj więc płaci za nie Kościół. Sprawa finansów niewiele jednak znaczy w porównaniu z przymusem religijnym w przedszkolach i szkołach. Obecność religii nadaje tym placówkom wysoce klerykalny charakter, utrudniając wyrażanie na terenie szkoły krytyki Kościoła, formułowanie treści niezgodnych z jego doktrynami, a także nauczanie młodzieży prawdy o ciemnych stronach historii Kościoła ( rzezie, pogromy, getta), o pochodzeniu i zmienności formacji religijnych itp.
Najgorsze wszak jest to, że rodzice, którzy nie chcieliby, aby ich dzieci chodziły na religię, mimo to posyłają je na te lekcje w obawie, że w przeciwnym razie spotkałyby je przykrości ze strony kolegów lub nauczycieli. I faktycznie, gdyby jakieś dziecko miało nie chodzić na zajęcia religii w przedszkolu, zostanie wyprowadzone do innej sali, co stanowi jedyną znaną dzieciom karę i właśnie jako kara byłoby przez nie odczuwane. Bez szemrania więc niemal wszystkie małe dzieci w przedszkolu i w pierwszych klasach szkoły na religię są zapisywane. Nie waham się nazwać tej formy nieformalnego przewrotnego przymusu religijnego podłością.”

Dodałabym do tego, że pożądanym byłoby pojawienie się w szkołach przedmiotu etyka, a także religioznawstwo. To drugie w połączeniu z tym pierwszym mogłoby kształtować postawy oparte na tolerancji i poszanowaniu odmienności. Wybór w praktyce jest żaden. Etyka w szkołach zamiennie z religią proponowana jest rzadko. W żadnej ze szkół, do której chodziły moje dzieci tego nie proponowano. Nie było w ogóle nawet o tym mowy. W odpowiedzi na pytanie jednego z rodziców o etykę, zapadło kłopotliwe milczenie i na tym się skończyło.
Słowo PRZYMUS jest o tyle adekwatne, ze jak pisze Hartman, zresztą prawdziwie i rzetelnie, nie ma on formalnego, prawnego charakteru. Jest manipulacją biorącą za przedmiot małe dzieci. Większe sobie z tym radzą, na ogół. Same decydują w znanych mi przypadkach, czy chcą uczestniczyć w lekcjach, czy też nie. Oczywiście też nie zawsze i nie wszędzie. Ale jednak. Wiele razy spotkałam się ze stanowiskiem rodziców, którzy chętnie odstąpiliby od posyłania dzieci na religię, jednak „siła grupy” jest jedyną motywacją. I jest to całkiem zrozumiałe, że nie chcą swych dzieci narażać na ostracyzm. Manipulacja jest więc wyjątkowo podła, bo dotyczy dzieci i wyboru pomiędzy przekonaniami ich rodzin, które mają je kształtować zgodnie z własną wiarą lub jej brakiem, a narażaniem dzieci na wytykanie palcami, tudzież uwagi padające z ust dorosłych.
Takie rzeczy się dzieją, a mam na podorędziu przykład moich przyjaciół ateistów, których córeczka ( lat 9) nie uczęszczała na religię. Ksiądz podczas przygotowań do sakramentu komunii pouczył grono klasy, że dziewczynka ta ma w sercu szatana i nie powinny się z nią bawić. Z dnia na dzień dziecko zostało wykluczone z grupy. Najbliższa przyjaciółka przerażona odsuwała się od niej, a mała plątała się samotnie na przerwach i sama siedziała w ławce. Na szczęście szybka interwencja innych wierzących rodziców położyła kres temu paskudztwu w wykonaniu szanownego księżulka. Ksiądz oberwał od pani dyrektor szkoły po uszach i zamknął wredną jadaczkę, dzieci znowu zaczęły zachowywać się normalnie, jednak w dziecku został ślad. Jedną z prac ceramicznych dziewczynki jest makieta wsi, w jakiej mieszka mała . Przedstawia domki, jezioro, kościół i drogę. Po drodze idzie gliniany ksiądz. Obok jedzie pojazd, wielki, bezkształtny. Pytam: Oli, co to za pojazd?
– To traktor, który zaraz przejedzie księdza.
Cudnie. Nauka miłości bliźniego. Owoc nauczania, stosunku do dzieci, serdeczność. Ech.

Zajrzałam także na link
http://stoppedofilom.pl/

„ile razy bawiłem się w nieskromne zabawy z kolegą? Ile razy zachowywałem się nieskromnie przy ubieraniu i rozbieraniu? Ile razy podglądałem starszych? Na takie pytania muszą odpowiadać ośmiolatkowie ze Szkoły Podstawowej nr 8 w Bełchatowie” (listę grzechów przygotowała pani katechetka)

Zajrzałam także na parę katolickich stron, gdzie pisze się o pedofilii jako o „delikatnym i złożonym problemie” oraz o niechęci do wypłacania odszkodowań przez Kościół. Hmm.


tytuł srytuł

Pędzę, gnam, niczym Gnu Antylopa, w czarnej Płaszczce na Wiatraku, smagana wiatrem halnym wprost z Choromańskiego, wiatr mi rudą grzywę smaga, oczy zasnuwa czerwoną włosów mgłą, a ja, w amoku pracowym, spieszę się, spieszę, by zdążyć od związkowców buców wyrwać moje tysiąc złotych. Przebiegam długimi nogami ponad cukiernią, ponad drogówką, która kiedyś wlepiła mi mandat za przejście nie po Zebrze, nieczuła jakże, ach, ta drogówka na krzywdę i ból matki polki z małej litery, bo pokornej, ale nie na tyle by nie zgasić w nerwach peta na bucie policyjnego nówka wypas mundurku. I biegnę tak z autobusu numer 523, pospiesznego zupełnie tak jak ja, bez biletu, licząc na szmaragdowo umalowane oczy, jak ostatnio, kiedy wyjmując bilety do Narodowego na sztukę z Gajosem, się kanar ulitował, że się spóźnię na czerpanie ze sztuki całymi umęczonymi garściami. Bo szmaragdowe oczy miała i żółty szalik, nomen omen.
Baba dźga mnie palcem w plecy, warczę do niej, że ją dźgnę zaraz długopisem moim w grdykę i przebiegam, przebiegam to pieprzone rondo. I w tym mgnieniu, kiedy wiążę na głowie chustę, zdejmując ją z szyi, żeby mi głowy te żaby z nieba nie zapluszczyły, oczami swemi, zapuchniętymi od pracy…

Czy pan jest głodny? Mam chleb. Świeży. Jeszcze ciepły.
Patrzy na nią oczami bez dna patrzy… bo nie spogląda, nie spoziera, nie zerka. Patrzy wprost i na wyrost. Żałobnym swym już za życia umarniętym żebractwem. Ale nic od niej nie chce, naprawdę. To ona chce od niego. Wydusić tę jałmużnę w sobie, żeby się sobie wydać lepszą. Nie oceniam. Każdy MUSI bo się udusi, wydać lepszym. Niż.
I on z jej rąk, z tych dłoni jasnych w deszczu i w halnym stolicznym bierze, jakby mu się co najmniej należało. Bo mu się… należy z racji żebraczej, a co. A kto z nas nie wyje po kątach, że mu się do pioruna coś należy.